Konkurs na Królewskiego Cukiernika
W królestwie bardzo starym, daleko, daleko za wysoką górą mieszkał sędziwy król. Rządził już przeszło sto lat. I nikt z poddanych nie pamiętał, kto rządził przed nim. Był wysokiego wzrostu, ale miał szczupłą sylwetkę. Siwe, długie włosy ozdabiały królewską, pociągłą twarz. Władca bardzo lubił słodycze. Lata panowania dzieliły się na dekady cukierkowe, ciastowe, kremowe oraz lukrowe. W krainie przez niego rządzonej płacono cukrem, a kary spłacano solą. Uprawa trzciny cukrowej i buraka cukrowego była najszlachetniejszym zadaniem. Tych, którzy coś przewinili, odsyłano do pracy w kopalni soli. A najważniejszym urzędem w państwie był Królewski Cukiernik.
O tę funkcję starało się co roku wielu mistrzów wypieków, lukierników oraz twórców cudownych kremów. Doroczne zawody pieczenia ciasta przyciągały do królestwa tysiące podróżnych. Każdy pragnął zobaczyć zawody w lukrowaniu pączków, pieczenie najwyższego tortu oraz wyścigi w kremowaniu ciasta. A przede wszystkim każdy był ciekawy, kto zostanie powołany na zaszczytną funkcję królewskiego cukiernika.
W tym roku do zawodów stanęło trzech mistrzów cukiernictwa i kilku uczniów. Mistrzowie sądzili, że uczniowie nie będą w stanie pokonać ich w sztuce wypieków ciast. Uczniowie sądzili, że przechytrzą mistrzów dosypując im sody do tortu lub przypalą ich ciasto. Nikt jednak nie sądził, że w ostatniej chwili do konkursu zgłosi się niski pan w kapeluszu.
-Kto to jest?- pytano głośno.- Czy on zna zasady konkursu? Czy umie upiec najwyższe ciasto lub czy potrafi zaskoczyć króla smakiem ciasta?
Nikt nie znał odpowiedzi na te pytania. Ale każdy był ciekawy czy nieznajomy poradzi sobie z konkursem.
Pierwsze zawody miały rozstrzygnąć, kto upiecze najwyższe ciasto. Każdy z cukierników zabrał się ochoczo do pracy. Mieszał mąkę z wodą, dodawał cukru, drożdży oraz jajek. Każdy pracował szybko. Znani mistrzowie działali rozważnie. Uczniowie z pośpiechem. A niski pan w kapeluszu działał z uśmiechem. Rozpoczął od dodania do mąki wody. Potem dosypał trochę soli! Wszyscy wokół wstrzymali oddech. Czyżby ten człowiek nie wiedział, że to mają być słodkie wypieki? Przecież nagrodą miało być stanowisko królewskiego cukiernika! A nie solnika!
Niski pan w kapeluszu nawet nie zauważył zdziwienia widzów i zamieszał ciasto, które wyglądało wyśmienicie. Ale i ciasta innych wyglądały dobrze. W chwilę później włożono je do rozgrzanych piecyków. Używano grubych rękawic, bo królewskie piekarniki były bardzo gorące! Podgrzewały je przecież smoki!
Po dziesięciu minutach pieczenie się skończyło. Komisja oceniała po kolei smak każdego ciasta. Najważniejsza była jednak jego wysokość. Pierwszy mistrz przegrał, bo jego wypiek się przewrócił. W chwilę po wyjęciu z pieca wysoki na trzy metry wypiek spadł na komisję. Przewodniczący komisji pokryty cały czekoladą, nakrzyczał na mistrza kucharskiego, że nie może robić tak niebezpiecznych ciast!
Drugi mistrz miał ciasto wysokie na dwa metry. Komisja pochwaliła bezpieczeństwo, niestety smak był nie najlepszy, bo przypominał listopadowy wieczór. Trzeci mistrz miał tort niski, ale bardzo smaczny. Pan, który oceniał wypiek stwierdził, że smakuje jak piękny letni poranek. Komisja sprawdziła także jak poradzili sobie uczniowie. Niestety, wszyscy z nich oparzyli sobie ręce przy smoczych piecach i teraz zajmowali się nimi królewscy lekarze. Uczniowie musieli także wycofać się z konkursu.
Komisja wreszcie dotarła do niskiego pana w kapeluszu. Stał w cieniu bardzo wysokiego przedmiotu.
-Szanowny Panie, gdzie znajduje się ciasto?- spytał przewodniczący komisji.
Pan w kapeluszu spokojnie odrzekł:
-Właśnie stoimy w jego cieniu!- Wszyscy aż oniemieli!- Miło sobie przy nim odpoczywałem, gdy szanowna komisja oceniała innych kucharzy!
Ciasto było wysokie na dwa piętra! Niepozornemu kucharzowi gratulowali wszyscy. Może i był niski, ale potrafił upiec najwyższe ciasto!
Do drugiego turnieju przeszli tylko Ci, który pokonali pierwszy etap. Zatem do lukrowania na czas stanęło dwóch mistrzów kucharskich i niski pan w kapeluszu.
Wpierw trzeba było stworzyć masę lukrową. Pierwszy kucharz zmęczony wcześniejszym zadaniem dodał do lukru przez pomyłkę farbę! Gdy tylko zrozumiał swój błąd, wycofał się z konkursu. Przecież mogło to być bardzo niezdrowe! Drugi mistrz kucharski dzielnie mieszał lukier, aż w końcu powstała pożądana masa. Niski pan w kapeluszu dodał do lukru szczyptę soli. Publiczność znów wstrzymała oddech, ale pamiętała, że sól pomogła wypiec wysokie ciasto. Dlatego w napięciu czekała co powstanie. Masa była idealna i lukrować nią można było mnóstwo pączków.
Kucharze przystąpili do zawodów po gwizdku. Zabrali się do lukrowania ściskając w rękach adaptory i szpryce. Publiczność biła brawo. Król obserwował i dopingował, krzycząc: „Niech wygra najlepszy!” Nawet obsługa zawodów, a więc lekarze, smoki oraz ciastuny uważnie śledziły zawody.
Na zegarze została już ostatnia minuta. Pan w kapeluszu nawet się nie zgrzał. Pewną ręką wyciskał lukier. Mistrz kucharski bardzo sprawnie polewał masą pączki. Szli ręka w rękę, pączek w pączek, aż trudno było wierzyć, że niebawem nastąpi koniec! Nagle zegar wybił ostatnią sekundę! Pan w kapeluszu oraz mistrz kucharski odłożyli swoje narzędzia pracy.
Komisja zaczęła liczyć.
-Raz, dwa, trzy- komisji pomagali liczyć widzowie- cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. To już dużo!- Zapowiedziała komisja. Ale liczyła dalej. Jak na razie i pan w kapeluszu i mistrz kucharski mieli tyle samo.
-Dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć! I koniec!- Komisja ogłosiła uroczyście.- Ale to pan w kapeluszu ma jeszcze jeden więcej: Dwadzieścia sześć! Zatem to pan wygrywa i tę konkurencję!- A to znaczy, że w zawodach pozostał jedynie on.
Wszyscy jego przeciwnicy już odpadli! Zadziwiona i zachwycona widownia biła brawa. Król pomachał mu z loży królewskiej. A smok, który rozpalał piece kucharskie dmuchnął smoczym ogniem w górę tak wysoko, że aż czubki drzew się podpaliły. Ugasił je zaraz potem machnięciem skrzydeł smok pożarny. Mistrz kucharski ukłonił się nisko i pogratulował.
-Przegrać z Panem, to prawdziwa przyjemność!
Gdy rozpoczęto ceremonię nagrodzenia zwycięzcy konkursu, komisja zapytała niskiego pana w kapeluszu, jak ma na imię. Nie wiedzieli bowiem, jak się do niego zwracać. Pan zdjął z głowy kapelusz pokłonił się nisko i rzekł: „Jestem Edward z Baraniej Polany do usług!” Wszyscy bili brawo. A król zajadał się ciastem nowego królewskiego cukiernika.
Na zakończenie konkursu do Edwarda, Królewskiego Cukiernika, podeszły ciastuny. Są to opiekunowie ciast i wypieków. Ciastuny zawsze zwracają uwagę, czy ktoś nie spożywa za dużo cukru, bo to może szkodzić. Pan w kapeluszu przywitał się z nimi, a one wskazały mu, że jego słodkości były bardzo dobre, bo nie miały za dużo cukru.
-We wszystkim musi być umiar.- Powiedziały spokojnie.- Cieszymy się, że będziesz Królewskim Cukiernikiem! Z twoimi wypiekami na pewno nie będziemy się nudzić!
Komentarze
Prześlij komentarz